Pierwszy dzien w domu. Julcia wstala po siodmej. To dziwne, na kampingu potrafila spac do dziewiatej. W domu zawsze wstaje bardzo wczesnie.
Pierwsze slowa Julcia po przebudzeniu to: "woda, woda". Chce isc na basen lub na plaze. Chodzi po domu w poszukiwania zrodla wody. W koncu znalazla wanienke lalki i kazala przygotowac jej kapiel. Podloga w pokoju Julci plywa...
Dnia nie dalo sie zaczac bez zaparzenia goracej kawy. Ale i ta nie postawila mnie na nogi. Dla umilenia atmosfery dodalam do niej duza lyzke miodu slonecznkiowego kupionego w miasteczku Populonia.
Obecnie wstawilam trzecia pralke, konca prania nie widac. Co chwile pukaja do mnie sasiadki blokowe. Kazda pod pretekstem przywitania chce wypytac sie o przebieg wakacji oraz zapytac ile za nie zaplacilam (jak to starsze osoby chca wiedziec co i za ile).
Wreszcie sciagnelam emaile ze wszystkich skrzynek pocztowych. Potrzeba bedzie kilka nocy na odpowiedzenie.
Na komorce pelno nieodebranych polaczen. Na telefon domowy ktos musial dzwonic po kilka razy dziennie i nie zostawiac wiadomosci na sekretarce. Rezultat jest taki, ze wlaczona sekretarka robi tylko "pip, pip" i tak przez pol godziny.
Tesciowa przez telefon zapytala sie czy bylo nam dobrze. Odpowiedzialam, ze tak.
-No ale padal deszcz?
-Pierwsze 4 dni tak.
-A no to bylo wam zle.
Tak skomentowala nasz pobyt nad morzem.
Bedzie nam trudno wrocic do rzeczywistosci. Pozostalo ponad 1000 zdjec, ktore zrobilam i ktore w wolnej chwili (!) bede ogladala...
poniedziałek, 20 czerwca 2011
niedziela, 19 czerwca 2011
Ostatni dzien wakacji z pizza w Orentano
Do zdjecia zdazyl mi rowniez pozowac Max - animator z kampingu. Codziennie przebiera sie w dziwaczne stroje i rozbiawa ludzi.
Po basenie przyszla pora wyjazdu. Dwa tygodnie przelecialy tak szybko, ze nie chcialo nam sie wierzyc ze to juz koniec.
Wracajac do domu "wstapilismy" na Swieto pizzy w Orentano. Bardzo lubie te impreze, nie musze wyjasniac dlaczego!!
Juz przy kasie tlum ludzi. Trzeba bylo troche poczekac, by zlozyc zamowienie.
Od ostatniego razu duzo sie zmienilo. Przede wszystkim powstala nowa, ogromna zadaszona struktura.
W srodku taki gwar, ze trudno jest cokolwiek uslyszec. Zreszta sami zobaczcie:
Przed hala dwie zadaszone struktury z kucharzami wykonujacymi pizze. Naliczylam ich 14!! Pracowicie jak w ulu, w blyskawicznym tempie przygotowywali danie dnia. Az bylo milo popatrzec. Oto kilka zdjec:
Po wyjeciu pizzy z pieca pizzaiolo zostawial ja na stole, a pewien pan wywolywal kelnera do odebrania dania.
Mistrzowie pizzy chetnie pozowali do zdjec:
Po dlugim czekaniu wreszcie przyniesiono nam pizze. Warto bylo tyle czekac...
Pizza z cebula
Margherita
Pizza z pieczarkami
sobota, 18 czerwca 2011
Szalenstwa mezatek po 35-tce
Właśnie wrocilysmy z Malgosia z dyskoteki!! To nie pomylka, dobrze przeczytaliscie: bylysmy na tancach!! Nasi mezowie dali nam wolny wieczor, to oni dzisiaj wieczorem polozyli spac dzieci. A my poczulysmy się jak nastolatki i „zaszalalysmy”. Prawde mowiac bylysmy ciekawe jak się bawia inni na kampingu. Impreza miala być w stylu lat 70-tych, czym tak naprawdę nie była. Piosenki pochodzily raczej ze wspolczesnych repertualow dyskotekowych. Wszyscy bawili się wspaniale, niektorzy pokazywali umiejetnosci w tancach latynoamerykanskich, inni (czytaj: między innymi i my) przygladali się z zazdroscia. Prowadzacy krzyczal do rymu:
„Chi è toscano, batte la mano”
„Kto jest Toskanczykiem, klaszcze w rece”
Mniej więcej w polowie festy zrobiono cos w stylu wloskim. Zgaszono wszystkie swiatla. Poproszono o wyciagniecie telefonow komorkowych i podswietlenie ich oraz trzymanie w gorze i wymachiwanie nimi. Jak wiadomo Wloch nie rozstaje się z komorka. Na dyskotece bawily się tez inne narodowosci. Zarowno Polacy, Niemcy, Holendrzy i pozostali dorownali iloscia komorek do tych trzymanych przez Wlochow. Dystkoteka zakonczyla się na wspolnym klaskaniu i grupowym przytupywaniu.
Niezapomniany wieczor. Przypomnialysmy sobie, jak to jest być nastolatkami. Mimo swietnej zabawy obydwie stwierdzilysmy, ze czulysmy się jakos dziwnie bez naszych pociech. Nie możemy doczekac się, jak jutro pojdziemy z nimi na plytki basen, specjalnie dla nich przygotowany.
piątek, 17 czerwca 2011
Czerwcowe osiagniecia
4 marca 2011 roku we Wroclawiu odbyla sie biesiada pt."Europa na widelcu".
Zostałam wyróżniona za przepis "Toskanskie ravioli z czereśniami" w konkursie na najlepszy europejski przepis organizowany w ramach wlasnie tego wydarzenia.
A oto inne artykuly opisujace zdarzenie:
Zostałam wyróżniona za przepis "Toskanskie ravioli z czereśniami" w konkursie na najlepszy europejski przepis organizowany w ramach wlasnie tego wydarzenia.
Zwycięskie przepisy zostały wybrane przez Szefów Kuchni wrocławskich restauracji zrzeszonych w Ogólnopolskim Stowarzyszeniu Szefów Kuchni i Cukierni.
W skład jury weszli:
- Artur Ludwig,
- Daniel Makuch,
- Henryk Pasternak,
- Marcin Śliwa
oraz Grzegorz Trubiłowicz szef Cookleta :)
Wyniki konkursu zostały ogłoszone na scenie we wrocławskim rynku 4 czerwca 2011 roku.
Oto krotki filmik, o mnie mowa w 4 minucie:A oto inne artykuly opisujace zdarzenie:
Serdecznie dziekuje za to wspaniale wyroznienie, jestem bardzo szczesliwa. Milo jest byc zauwazonym.
czwartek, 16 czerwca 2011
Prywatne uzaleznienia
Kazdy z nas ma jakies male uzaleznienia. Ja na przyklad, mimo tego ze jestem na wakacjach, codziennie wstepuje do kampingowego sklepiku wielobranzowego (tzw."mydlo i powidlo") i kupuje kawalek pizzy na wynos. Miedzy jednym plywaniem a drugim zajadamy sie nia z Julcia. To takie nasze przyzwyczajenie wyniesione z domu.
Moi znajomi, z ktorymi spedzam wakacje maja rowniez swoje uzaleznienia. Nie chodzi o kulinaria tylko o gry komputerowe. Dzieki nim dowiedzialam sie, ze w Internecie istnieje gra pt. Farma....rama?? Zalogowani uczestnicy z calego swiata zakladaja farmy, uprawiaja warzywa i owoce, "zatrudniaja" kury, ktore robia jaja na drutach, itd... Dzisiaj na dworzu (tym realnym) jest pelnia, a na farmie uczestniczy czekaja na mroczny "event". Dzieje sie tam bardzo duzo. Uprawy rosna dosc szybko (kwestia kilku godzin). Nalezy trzymac reke na pulsie i o danej godzinie polaczyc sie z farma by te uprawy podlac, zebrac i sprzedac (dochodza do tego jakies spekulacje?!).
Moi znajomi, po kolei, jeden po drugim, opuszczaja basen lub inne atrakcje kampingowe i leca polaczyc sie z internetem, by sledzic losy farmy.
Ich zapal farmowy przypomina mi moje licealne granie w Tamagochi (nie wiem czy poprawnie napisalam?!). Nie rozstawalam sie z moim malym dinozaurem, pod lawka klasowa karmilam go, "przewijalam" i mylam. Jakims dziwnym trafem umieral zawsze dziewiatego dnia. Tak chyba byla zaprogramowana gra.
Moi znajomi, z ktorymi spedzam wakacje maja rowniez swoje uzaleznienia. Nie chodzi o kulinaria tylko o gry komputerowe. Dzieki nim dowiedzialam sie, ze w Internecie istnieje gra pt. Farma....rama?? Zalogowani uczestnicy z calego swiata zakladaja farmy, uprawiaja warzywa i owoce, "zatrudniaja" kury, ktore robia jaja na drutach, itd... Dzisiaj na dworzu (tym realnym) jest pelnia, a na farmie uczestniczy czekaja na mroczny "event". Dzieje sie tam bardzo duzo. Uprawy rosna dosc szybko (kwestia kilku godzin). Nalezy trzymac reke na pulsie i o danej godzinie polaczyc sie z farma by te uprawy podlac, zebrac i sprzedac (dochodza do tego jakies spekulacje?!).
Moi znajomi, po kolei, jeden po drugim, opuszczaja basen lub inne atrakcje kampingowe i leca polaczyc sie z internetem, by sledzic losy farmy.
Ich zapal farmowy przypomina mi moje licealne granie w Tamagochi (nie wiem czy poprawnie napisalam?!). Nie rozstawalam sie z moim malym dinozaurem, pod lawka klasowa karmilam go, "przewijalam" i mylam. Jakims dziwnym trafem umieral zawsze dziewiatego dnia. Tak chyba byla zaprogramowana gra.
środa, 15 czerwca 2011
Zachcianki „pestowe”
Mój znajomy z kampingu nie rozstaje się z chlebem toskanskim i z pesto. Co chwile wchodzi do kuchni i przykraja sobie kromeczke, a na niej rozsmarowuje zielony sos. Testuje rozne sloiczki kupowane w licznych supermarketach i porownuje smaki.
Postanowilam przyrzadzic pesto w naszym domku kampingowym. W sklepie w Piombino kupilismy bazylie, oliwe z oliwek, czosnek bio. Przy polce z orzeszkami pinolowymi zamarlismy, gdyz cena za kilo to 60 euro! A jeszcze tak niedawno placilam 43 euro. Mala porcyjka orzeszkow kosztowala ponad 9 euro. Postanowilismy wiec, ze nasze pesto bedzie w wersji "ekonomicznej" i zakupilismy orzechy wloskie (mala paczuszka 4 euro). Ser parmezan mielismy w lodowce, wystarczylo pokroic go na drobne kawaleczki.
Wszystkie skladniki wrzucilismy do garnka i zmiksowalismy blenderem.
Dosolilismy rozowa sola z Himalajow.
Chlebek poszedl w ruch, kromki szly jedna po drugiej. Drzewko bazylii zostalo prawie doszczetnie oskubane, a my zyskalismy 2 sloiczki pesto. Jutro z rana znow trzeba bedzie isc po swiezy chlebek....
wtorek, 14 czerwca 2011
Wakacyjne rozwazania
Musze przeprosic wszystkich czytelnikow bloga za moje "opuszczenie sie" w pisaniu postow. Zwiazane jest to z moimi wakacjami, ktore przeciagnely sie o nastepny tydzien. Na kampingu, na ktorym mieszkamy zapomina sie o Bozym swiecie. Jest tu tyle atrakcji, ze nie ma czasu na "zaliczenie" wszystkiego. Nie rozstajemy sie z zegarkiem, zeby nie przegapic ani jednego wydarzenia.
Jedynym problemem jest bardzo slaby dostep do internetu. Do kafejki internetowej nie moge pojsc, bo Julcia mi nie daje. Wykupilam dostep do Wi-Fi, ale w domku w ktorym mieszkam internet jesli "lapie", to bardzo slabo i to w godzinach poznych.
Chce napisac, ze juz niedlugo wracam do domu i szybko nadrobie zaleglosci blogowe. Obiecuje duzo zdjec i opowiesci. Beda tez oczywiscie nowe przepisy kulinarne.
Jedynym problemem jest bardzo slaby dostep do internetu. Do kafejki internetowej nie moge pojsc, bo Julcia mi nie daje. Wykupilam dostep do Wi-Fi, ale w domku w ktorym mieszkam internet jesli "lapie", to bardzo slabo i to w godzinach poznych.
Chce napisac, ze juz niedlugo wracam do domu i szybko nadrobie zaleglosci blogowe. Obiecuje duzo zdjec i opowiesci. Beda tez oczywiscie nowe przepisy kulinarne.
Subskrybuj:
Posty (Atom)